Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwój osobisty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 października 2008

Wartościowe czasopisma dla katolików
i nie tylko..

1. Tygodnik powszechny

Od jakiegoś czasu jestem regularnym czytelnikiem Tygodnika Powszechnego. Muszę przyznać, że w porównaniu z tym co serwuje się nam w kioskach z prasą jest to bardzo wartościowy tygodnik. Z założenia tygodnik umiejscawia siebie jako pismo katolicko-społeczne. To co podoba mi się osobiście to w miarę obiektywne spojrzenie na problemy społeczne i religijne, często zupełnie z innej strony niż to jest prezentowane w komercyjnych mediach (z większościowym kapitałem zagranicznym). Jestem zniesmaczony tym co prezentuje TVN czy Gazeta Wyborcza, gdzie widać ewidentnie jeden kierunek "anty". Można, tak jak to robi Tygodnik Powszechny szukać i przedstawiać prawdę bez obrzucania się błotem, w oparciu o nieskrzywione argumenty.

2. Magazyn Familia

Drugą pozycją jaka ostatnio zrobiła na mnie dobrze wrażenie jest nowy miesięcznik rodzinny Familia. Z ciekawości nabyłem dwa numery pod kościołem i muszę przyznać, że miło się zaskoczyłem. Znalazłem wiele ciekawych tematów z dziedzin psychologii rodziny, relacji międzyludzkich, podróży i tematów dotyczących życia zgodnego z nauczaniem Kościoła. Artykuły napisane starannie i niepowierzchownie. Aż dziwi, że większośc ujętych tematów, szczególnie dotyczących moralności i wiary, nie jest poruszana przez codzienne wydania wiadomości czy inne poczytne gazety i czasopisma. A przecież duchowość człowieka kształtuje się na podstawie tego, czym karmi swój umysł. Warto korzystać więc z wartościowych źródeł.

czwartek, 24 lipca 2008

Narzekanie i obwinianie nie prowadzi do sukcesu

Chciałbym chwilę pochylić się nad tematem narzekania, a to dlatego, że jakoś ostatnio mam wrażenie, że spotykam ludzi notorycznie uskarżających się na coś lub kogoś i zaczęło mi się to udzielać. Zaczęły mi przeszkadzać rzeczy i ludzie z otoczenia. Jeśli zdarzyły się jakieś niepowodzenia, to zacząłem szukać winnych itd.

Przypadkowo przesłuchałem jednej z audycji w radiu, w której podjęto dyskusję na ten temat. Otóż okazuje się, że narzekanie nie wnosi nic dobrego do naszego życia oprócz frustracji i ukierunkowania na porażkę.

Oskarżając kogoś, nawet jeśli masz rację, uznajesz, że ktoś jest odpowiedzialny za Twoje życie. Wynika to z tego, że odpowiedzialność mylona jest często z karą i winą i odnoszona do patrzenia wstecz,  podczas gdy tak naprawdę jest czymś przeciwnym, ukierunkowanym na przyszłość.

W języku potocznym odpowiedzialność kojarzona jest z szukaniem winnego, podczas gdy powinna być rozumiana jako szukanie rozwiązania w konkretnej sytuacji, czyli odnosi się do teraźniejszości i przyszłości. Jeśli coś się stało złego, to mogę to zmienić albo nie. Moją odpowiedzią będzie działanie w celu zmiany - działanie odpowiedzialne.

Jeśli nie mam na to wpływu, to najlepszym rozwiązaniem wydaje mi się pogodzenie się z tym. Dziwię się osobom, które tracą czas i energię pozywając innych do sądu, lub dochodząc własnej racji. Takie działanie może i jest słuszne i świadczy o dbaniu o własny interes, jednak z drugiej strony pokazuje zakotwiczenie w przeszłości i chęci poprawienia swojej przyszłości przez rozliczenie tego co było. To wysysa energię potrzebną do działania, snucia marzeń i osiągania sukcesów.

Zatem postanowiłem nie przejmować się drobiazgami, puszczam wszystkie winy w niepamięć, bo szkoda czasu na rozstrząsanie tego co było, i tak przecież brakuje czasu, aby cieszyć się tym co mam teraz..

wtorek, 8 lipca 2008

Biznes czy rodzina - czy muszę wybierać?

Kiedy po raz pierwszy słuchałem płyt motywacyjnych mojego ulubionego autora Briana Tracy, myślałem sobie o tym, czy przypadkiem nie jest on skupiony za bardzo na pieniądzach. Jeśli weźmiesz do ręki książki o sukcesie, to najczęściej opisywany w nich sukces jest utożsamiany z dochodzeniu do miliona, czyli bogactwem materialnym.

Na pierwszy rzut oka rzeczywiście tak jest, ale.. Czytając książki Briana Tracy czy Roberta Kiyosakiego łatwo zauważyć, że już sam tytuł pełni rolę "wabika" na czytelników. Niestety wynika to z faktu, że tytuł "Droga do bogactwa" jest prawdopodobnie bardziej "chodliwy" niż przykładowy "Jak założyć szczęśliwą rodzinę". Nie ma w tym zresztą nic dziwnego - po prostu zwykły chwyt marketingowy. Osobiście nauczyłem się, że tytuł wcale nie musi oznaczać złej lub dobrej książki, bardziej liczy się autor i to co pisze wewnątrz.

Często mówiąc o sukcesie autorzy podkreślają wybór. To jak my zinterpretujemy sukces zależy od naszych prywatnych celów. Jeżeli postawisz sobie za cel rodzinę (co nie jest również łatwym zadaniem), to obowiązują tak naprawdę te same zasady dochodzenia do sukcesu, jak w przypadku osiągnięcia niezależności finansowej. Masz cel - rodzinę, musisz pracować nad nią konsekwentnie, poświęcać się dla niej, zarabiać pieniądze aby ją utrzymać itd.

Możesz postawić sobie inny cel - robienie kariery i to jest też twój wybór. Cokolwiek wybierzesz, czynisz to ze świadomego wyboru. Może nie jest łatwo przyznać się w pracy przed szefem, że stawiasz rodzinę przed pracą, ale jest to już raczej kwestia asertywności niż wyboru.

Tak naprawdę wiemy, co w nas jest i jakie są nasze prawdziwe wartości, co jest dla nas najważniejsze. Na jednej z kaset Brian Tracy usłyszałem, że "zawsze wiemy jaki jest wybór i wiemy jaka jest cena do zapłacenia, w przypadku jednego lub innego wyjścia. Od nas zależy czy jesteśmy tę cenę gotowi zapłacić", a więc czy wybieramy np. życie rodzinne czy robienie spektakularnej kariery.

Tak więc, czy muszę wybierać? 
Nawet jeśli wydaje nam się, że nie musimy wybierać, to i tak nasze działanie mówi za nas, żeby nie powiedzieć nas "zdradza". Dobrze jeśli to co robimy jest wówczas w zgodzie z tym w co wierzymy. Ktoś, kto mówi, że kocha swoją rodzinę i z miłości dla niej jedzie na rok zarabiać pieniądze do Anglii, zostawiając bliskich, nie wydaje mi się wiarygodny. To co ludzie robimy, a nie to co mówimy, wydaje mi się najlepszym świadectwem wyboru wartości w życiu. Wybór więc sam wynika z naszych działań.

sobota, 23 lutego 2008

Czy warto dzielić się wiedzą?

Wydaje się, że pracując w konkurencyjnym świecie dzielenie się wiedzą jest naiwnym sprzedawaniem siebie klientom lub współpracownikom. A jednak żyjemy w świecie ciągłych zmian, ucząc się nawzajem od siebie i jeśli rzeczywiście jesteśmy na ścieżce ciągłego uczenia się, to czy fakt, że przekazujemy wiedzę innym powinien nas martwić. Wszak wiedza zmienia się z dnia na dzień i to co przekazujemy dzisiaj nie gwarantuje, że ktoś z tego skorzysta teraz a nawet w przyszłości, która wciąż przynosi coś nowego. Osobiście uważam, że nie jest to powód do zmartwienia. Poniżej artykuł, który mnie zainspirował do napisania na ten temat:
Motywacja do dzielenia się wiedzą

niedziela, 29 lipca 2007

Wytrwałość - podstawa każdego sukcesu!

Zanim zacznę pisać o wytrwałości chciałbym, żebyś odpowiedział sobie na następujące pytania:
  1. Ile razy robiłeś postanowienia, że zmienisz coś w swoim życiu?
  2. O ilu z tych postanowień możesz powiedzieć, że udało ci je wypełnić do końca?
  3. Czego zabrakło w postanowieniach, w których nie wytrwałeś?
Czytając różne książki o inwestowaniu lub odnoszeniu sukcesu (na różnych polach) zauważyłem kilka wspólnych cech, które towarzyszą niemal zawsze w tym temacie. Mam na myśli tutaj w szczególności "wiarę" w to co robimy i "wytrwałość" w tym co myślimy, mówimy i robimy. Kwestią wiary nie chcę w tym momencie się zajmować, bo jest to temat bardzo obszerny. Skupię się na "wytrwałości", choć mam świadomość, że jest ona nierozłącznie związana z niezbędną i czyniącą cuda "wiarą".

 W 1995 roku, będąc jeszcze uczniem liceum, kupiłem książkę pt. "Moc pozytywnego myślenia". To co zaciekawiło mnie w niej to po pierwsze sam fakt pisania o pozytywnym myśleniu - Wczesniej nie wiedziałem, że można ten temat ująć w jakieś książkowe ramy. Po drugie, książka nawiązywała w wielu miejscach do Biblii, która nie była mi obca, ale nie potrafiłem wtedy jeszcze z niej czerpać tyle co teraz. Autor Norman V. Peale na okładce książki napisał "Przeczytaj tę książkę. Zmień swoje życie!"

Z pewnością znasz takie slogany z innych książek. Reklamy w mediach pełne są takich obietnic, oferując ci "lepsze życie" i "szczęście" w zamian za zakup nowego domu, samochodu, szamponu itd. Ja wówczas uwierzyłem autorowi, może dlatego, że oparł on rozdziały książki na cytatach z Biblii, która jest do dzisiaj dla mnie wyznacznikiem drogi w życiu. Co chcę powiedzieć przez przywołanie tego przykładu to to, że bombardowani różnymi receptami na szczęście i sukces, uodparniamy się na tego typu stwierdzenia i sięgając po kolejne książki na sukces, tak naprawdę nie uważamy je za wiarygodne.

Czy zdarzyło ci się czytać kolejną książkę o tym samym? Dlaczego nie wystarczy nam zastosowanie się do Biblii czy jakiejś innej książki na jakiś konkretny temat? Kwestia dotyczy, moim zdaniem, wiary i wytrwałości w tym co zamierzamy robić. Jeśli czytamy nową lekturę i nie stosujemy się do tego co jest napisane, to jaki sens ma sięganie po kolejną książkę na ten sam temat? Czy chodzi jedynie o wrażenie, że się tym interesujemy i zaspokojenie wewnętrznej potrzeby poznania? Czy może rzeczywiście chcemy coś zmienić?

Czy po odłożeniu książki zabierasz się do wdrożenia tego co czytasz w życie, czy trafia ona na półkę, a ty zapominasz po kilku dniach, o czym ona była. Jeśli tak jest, to może to oznaczać, że nie wierzysz autorom albo brakuje ci wytrwałości we wprowadzaniu nowej wiedzy w życie. Na pewno słyszałeś słowa z Biblii "Szukajcie a znajdziecie". Myślę, że jako osoba wierząca lub nie, z pewnością spotkałeś się z nimi nie raz. Ale czy jesteś wytrwały w postępowaniu zgodnie z tymi słowami? Zostały one powiedziane przez Boga jako prawo, co oznacza, że TAK niepodważalnie jest- nie że to czasami może działać, ale że działa ZAWSZE!

Zatem wytrwałość zawsze się opłaca, czy tego chcesz czy nie. Zakłada ona w sobie trudności, ale kryje obietnicę nagrody. Osobiście doświadczyłem owoców wytrwałości wielokrotnie w życiu i wiem, że każdy może takie przykłady odnaleźć również w swoim życiu, zawdzięczając je m.in. wytrwałości.
Założenie jest takie by "robić swoje" zgodnie z namierzonym planem i nie odstępować od niego tylko z tego powodu, że natrafiamy na trudności. Trudności zawsze będą, bez nich nie ma sukcesów. Co możesz zrobić aby ćwiczyć wytrwałość?
  1. Wytrwałość bierze się z nawyków, najpierw wyrób sobie nawyk robienia czegoś a potem przyjdzie ci to automatycznie;
  2. Postaw sobie cel, żebyś zawsze wiedział do czego dążysz - powinien on wynikać z realizacji pragnień/ marzeń;
  3. Zrób sobie plan działania dojścia do tego celu, najlepiej na piśmie;
  4. Podejmuj decyzje pokrywające się z celem;
  5. Bierz zawsze odpowiedzialność za to co robisz i ćwicz w ten sposób swoją odwagę brania kontroli nad własnym postępowaniem;
  6. Dziel się z innymi swoimi marzeniami i celami- wtedy wyrażasz swoją wiarę w to co robisz, nabierasz pewności siebie i motywujesz się (poprzez zobowiązanie wobec innych) do wytrwania w postanowieniach.
  7. Nie przejmuj się błędami i porażkami - one właśnie budują naszą wytrwałość.

Jeszcze raz zauważ, że wytrwałość jest możliwa jedynie jeśli towarzyszy jej wiara w to co robimy. Jeśli wierzysz, że można "znaleźć" wytrwale "szukając" to nic nie powinno cię powstrzymać przed odnoszeniem sukcesów w życiu. Ja głęboko w to wierzę.

poniedziałek, 23 lipca 2007

Nie bój się zmian!

Zmiany są wpisane w nasze życie. Osobiście uważam je za źródło nowych możliwości i drogę do sukcesu w życiu, w każdym jego aspekcie.
Czas zmiany to czas lęku lub nowych możliwości. Twoja postawa zadecyduje, która z tych rzeczy będzie Twoim udziałem
Ernest C. Wilson

Nasza postawa wobec zmian jest niezmiernie ważna, ponieważ po pierwsze od tej postawy zależy czy zdecydujemy się na zmianę czy nie. Jeżeli dominuje w nas lęk i przesłania on możliwości to często zachowujemy się zachowawczo. Czy zdarzyło ci się jeść w tej samej restauracji albo kupować te same produkty w supermarkecie tylko dlatego, że strach przed nieznanym był silniejszy. Każdy z nas czuje się dobrze w obrębie tego co już znane i pewne (zgodnie z piramidą potrzeb Maslova). Jeżeli należysz do osób, które chcą przeżyć bezpieczne i spokojne życie, to prawdopodobnie będziesz unikał zmian. W zmianach jednak tkwi rozwój, poznanie i nowe możliwości. Anthony de Mello w swojej znanej książce "Przebudzenie" mówi, że nie można się bać czegoś czego się nie zna, boimy się zatem utraty tego co znane. To czego boimy sie utracić to poczucie pozornego bezpieczeństwa, przez które rozumiemy poruszanie sie po przetartych przez nas wcześniej ścieżkach. Co możesz zrobić by otworzyć się na zmiany? Po pierwsze potrzebujesz wyrobić w sobie nawyk zmian. Możesz zmienić miejsce gdzie chodzisz na obiad, spróbować kuchni greckiej lub tajskiej, możesz spróbować pojechać w jakieś nieznane dotąd miejsce, lub zająć się rzeczami, które do tej pory odsuwałeś z różnych powodów. Możesz spotkać się z nowymi ludźmi. Weź udział w różnych spotkaniach gdzie możesz doświadczyć nowych spojrzeń na te same problemy. Jeśli brałeś udział w jakimś szkoleniu lub konferencji to wiesz o czym mówię. Z pewnością bezpośrednio po takim zdarzeniu doznałeś swoistego oświecenia w pewnych sprawach i zmiany w myśleniu. Za tym często idzie zmiana działania. Życzę ci zatem samych zmian na lepsze!

czwartek, 12 lipca 2007

Życie bez telewizora?


Od prawie roku żyję bez telewizora. Dlaczego jest to tak ważne, żeby o tym pisać. Otóż chciałem powiedzieć, że dla mnie ten telewizor (a w zasadzie to jego brak) stał się pewnym symbolem zmiany w moim życiu. Chodzi o zerwanie z nawykami tracenia czasu. Dla jednych jest to telewizor, dla drugich radio a dla innych internet. Jeśli masz tv w domu to wiesz ile czasu traci się na oglądanie nic nie wartych programów, z których nic się potem nie pamięta. Nie chcę powiedzieć, że tv jest zła, bo ma ona również wiele zalet i jeśli potrafisz mądrze z niej korzystać to chwała ci za to. Chodzi o to, że zbyt często sięga się po nią jako po sposób na zabicie nudy i wyręczenie od myślenia, że nie wspomnę o jej ujemnym wpływie w postaci manipulacji i kreowania fikcyjnego obrazu świata w naszej świadomości, co ma szczególnie znaczenie w przypadku osób młodych. Pomyśl o tym w inny sposób. Jeżeli do tej pory oglądałeś średnio 2 godziny dziennie telewizję, to od dzisiaj możesz te 2 godz. przeznaczyć bardziej efektywnie, chociażby czytając książkę czy ucząc się języka. Dla mnie chęć zajęcia miejsca przed tv zamieniona została w moment uświadomienia sobie, że muszę zrobić coś dla siebie. Jest to po prostu jeden z nawyków, które można zmieniać. Słowa "nie potrafię bez tego żyć" świadczą o braku silnej woli i poddaniu się, żeby inni ludzie lub okoliczności kierowały twoim życiem. Tyle, że wtedy bardziej mamy do czynienia z dryfowaniem niż podążaniem w wyznaczonym przez nas wcześniej kierunku. Kto ci powiedział, że po pracy masz prawo marnować swój czas? To po prostu zły nawyk, który trzeba zmienić.Dobra wiadomość jest taka, że każdy nawyk można zmienić, potrzeba nam do tego kilku kroków: ustalenia celu działania, podjęcia decyzji, planu i konsekwencji w działaniu. Ciekawy artykuł o nawykach pt. "30-dniowy test czyli jak wyrobić w sobie nawyk" pomoże ci zrozumieć czym jest nawyk i jak go zmieniać. Wracając do naszego telewizora uważam, że zasadniczą kwestią jest uświadomienie sobie motywacji jaka stoi za rezygnacją z oglądania programów. Dla mnie osobiście jest nią chęć wykorzystania czasu wolnego na osobisty rozwój. Oczywiście, jak każdy potrzebuję odpocząć po pracy, ale jest jeszcze tysiące różnych form relaksu, które można połączyć z nauką i inwestycją w siebie. Grunt to zacząć zmiany!

wtorek, 15 maja 2007

Słowa, które nic nie znaczą..

Żyjemy w świecie wielu narodów, kultur, języków i pojęć. Ostatnio, pod wpływem odbywającej się Parady Równości w Warszawie, zaciekawiło mnie słowo "normalny". Otóż co ono tak naprawdę oznacza? Mam śmiałość podejrzewać, że dla każdego co innego. Pomimo istnienia słowników ludzie i tak rozumieją rzeczy po swojemu. Nie ma się temu zresztą co dziwić, każdy przyswaja pojęcia w odmienny sposób, szczególnie te abstrakcyjne i trudne do zdefiniowania: "szczęście", "przyjaźń" czy inne jak "sukces", "wolność" czy modna ostatnio "tolerancja". Jest to kwestia, która często prowadzi do sporów i niezrozumień. Świat nauczył nas posługiwania się pewnymi pojęciami i uznaje się, że wszyscy "to" rozumieją. Ile osób z nas słysząc stwierdzenie: "Jestem konserwatywna" zadałoby pytanie: "A co przez to rozumiesz?" Brakuje mi dość często w rozmowach takich pytań, które sprowadzają rzeczy do wspólnego mianownika. Zadawanie pytań jest przecież próbą zrozumienia drugiej strony. Dostrzegam w tym duży problem i wyzwanie jednocześnie. Wkrada się bowiem w nasze rozmowy duża porcja relatywizmu, z którym z lenistwa nie walczymy. Przestrzegał nas przed tym wielokrotnie nieżyjący już Jan Paweł II.
Po czym więc poznać, że ktoś używa słów, które dla nas znaczą to samo? W mojej opinii nasze czyny świadczą o nas a nie to co mówimy. Przykładem może być dzisiaj "spłycone" znaczenie słowa "Chrześcijanin", które dla wielu ludzi kojarzy się z chodzeniem do Kościoła. Otóż jeżeli swoim życiem nie dajesz przykładu zgodnie z tym w co wierzysz to nie powinienem nazywać się Chrześcijaninem, ponieważ to czy nim jesteś nie zależy od tego czy się tak nazwiesz ale od tego jak postępujesz w swoim życiu.
Osobiście staram się poznawać ludzi po tym co robią a nie po tym co mówią i jak wyglądają. Powiedzieć można wszystko.

wtorek, 10 kwietnia 2007

Jak przekonać niedowiarka?

Ostatnie Święta Wielkiej Nocy były okazją do wielu rozmów z rodziną na tematy religijne. Wśród nich pojawił się także temat znajomości religii i umiejętności przekazywania wiary. Okazuje się, że nie jest rzeczą łatwą przekazywanie tego w co się wierzy. Rodzice chcąc przekazać swoim dzieciom pewne prawdy zbyt często posługują się "sloganami" zasłyszanymi od innych np. księdza lub swoich rodziców. Przekazując innym "slogany" w rzeczywistości nie przekazujemy "nic". Przykładem jest mówienie komuś np., że "coś jest złe". Jest to "slogan", który nabiera sensu dopiero w konkretnym przypadku życiowym, kiedy ma odniesienie do autentycznej sytuacji. Posługiwanie się "sloganami" powoduje, że sami nie rozumiemy, co mówimy. Momentem konfrontacji jest nasza "aktywność" na tym świecie i "czyny", które bezpośrednio świadczą o nas i o tym w co wierzymy. Dziecko nauczy się kochać innych, jeżeli zobaczy swojego tatę, który z czułością odnosi się do swojej żony itp. Zatem najlepszą metodą na przekazywanie wiary jest czynienie samemu w taki sposób jakby się chciało kogoś pouczać.

W naszym kościele brakuje tego życiowego podejścia do wiary. nietrudno zauważyć, że przekaz na mszy św., katechezach czy w wielu rodzinach (jeśli chodzi o nauczanie religii) jest jednokierunkowy. Polega na wtłoczeniu pewnych "sloganów" i tutaj słowo to należy rozumieć jako "przekaz jednostronny" a nie jako podważanie pewnych wartości treściowych. Odbiorca takiego przekazu w naszym kościele zbyt często pozostaje sam ze sobą jeśli chodzi o jego interpretację, słyszy słowa, których nikt nie przekłada mu na jego własne życie. Co więcej rzadko ma możliwość zadania pytania o sens, dopytania pewnych rzeczy, aby przekaz zrozumieć. Przyjmuje go jako absolut, albo odrzuca w życiu, ze względu na brak zrozumienia i mozliwości odniesienia nauki do życia. Wniosek. Kościół musi być aktywną wspólnota ludzi, którzy utrzymują ze sobą ciągły dialog i uczą się nawzajem "stosować" Boga w życiu.